|
Ostatnie wpisy
Zakładki:
Allegro
Ciekawe ostki:
Tagi
|
niedziela, 27 grudnia 2009
Przybory na biurko.
Ostatnio widziałam w sklepie pewną rzecz. Nie wiem jak to nazwać. "Przechowywacz notesów". Małe, mniejsze niż zeszyt, stojące, służące do postawienia - przechowywania w tym małych notesów. Dołączone były do tego notesy - wszystko pod kolor. Parę dni nosiłam się z zamiarem kupna, aż wkońcu skapitulowałam. "Co Ty robisz, 15zł za takie coś?!" Postanowiłam zrobić własne :) Do tego dorobiłam pojemnik na długopisy i mniejszy, na spinacze, gumki itp. Efekt:
Świąteczne ciastka.
W tym roku pierwszy raz moja mama skusiła się na kupienie pisaków do dekorowania ciastek. Już tydzień przed świętami oznajmiła mi, że ozdabianie ciastek będzie (jak zresztą zawsze) moim zadaniem. Nie powiem, efekt wychodzi ciekawy. Jednak wyciskanie tych "pisaków" z tubek było nie lada wyczynem. Dlatego bardziej polecam pisaki nie w tubkach (jeśli takie wogóle są). Jak tylko zużyjemy trochę pisaka, wyciśnięcie jakiekolwiek ilości z tubki jest dość ciężkie. Zauważyłam też, że niewielkie ilości ozdób na ciastku nie są bardzo wyczuwalne w smaku. Jeśli więc zależy nam nie tylko na wyglądzie, ale też na smaku, polecam ozdabiać ciastka bardziej bogato :) My postanowiłyśmy część powiesić na choince. Efetk:
I jakie smaczne :) Jesienne róże.
Już dawno nosiłam się z zamiarem napisania tej notki. Mimo, że zima za oknem, pochwalę się swoimi jesiennymi dekoracjami :) Pomysł zaczerpnięty z CAFE ART, liście zebrane w pewien jesienny wieczór. Lakier, najtańszy, kupiony w Rossmannie. Niestety, po pewnym czasie, róźe się "skórczyły". Może znajdę jakiś pomysł, by pozostały w niezmiennym stanie przez dłuższy czas. Na stronie spryciarze.pl (także kopalnia pomysłów) pokazane jest na filmiku, jak zrobić takie róźe. Dopiero teraz znalazłam ten filmik, wcześniej nie wpadłam na pomysł, by popryskać je czerwonym lakierem (może dlatego, że nie mam takiego lakieru:>). Efekt:
Niezłe babeczki - świeczki.
Wykorzystując pomysł podany w jednej z poprzednich notek - ten o świeczkach - zrobiłam sama świeczki. Dysponowałam jednak tylko starymi świeczkami, dlatego zrobiłam świeczki bez skórek, goździków i innych "udziwnień". Ale i tak jak na początek, bardzo mi się podobają :) Ze starych świeczek wyciągnęłam knoty, świeczkę rozpuściłam w kąpieli wodnej: do garnka woda, na gaz i do niego drugi garnek, w którym topimy świeczkę. Osobiście nie polecam topić w garnku, no chyba że jakimś starym. Ciężko go później domyć, o ile wogóle da się zrobić to dokładnie. Można topić w słoiku. Słoik nie nagrzewa się bardzo - można go podnieść przez rękawicę. Przygotowujemy foremki. Ja wzięłam takie do babeczek. Smarujemy jakimś tłuszczem, by potem łatwiej odchodziły. Wlewamy wosk. Czytałam, żeby nie mieszać kolorowych świeczek ze sobą, bo efekt wychodzi nieładny. Ja natomiast zrobiłam świeczkę w paski. Trochę jednego wosku, czekamy aż zastygnie, trochę drugiego. Gdy wosk lekko zastygnie, wkładamy knot. Jak całość zastygnie, łatwo świeczkę wyjąć. Ja byłam dość niecierpliwa, wyjęłam świeczkę, która jeszcze nie była do końca zastygnięta, przez co trochę ją "okaleczyłam". Trzeba też uważać, by nie przesadzić z tłuszczem - potem zostaje na spodzie świeczki. Starałam się też zrobić świeczkę z osłonką w kaszy (jak tutaj). Niestety nie wiem jak to zrobić, by wlać wosk pomiędzy kuleczki tak, by nie wpadły one do niego :) W rezultacie świeczka jest w kropki :) Na następny raz zrobię świeczki z zatopionymi w nich muszelkami :) Efekt:
Pływające świeczki (z mniejszych foremek): Zabawa z masą solną - ciąg dalszy.
Parę tygodni później - czyli w dzień przed Wigilią moja dusza artystyczna znowu dała o sobie znać (najwidoczniej lubi się ujawniać tylko w domu rodzinnym). Niestety nie mam tutaj farb plakatowych, więc musiałam coś innego wykombinować. Zrobiłam 4 porcje masy solnej i do każdej dodałam inny barwnik:
Mając 4 kolory można już dużo ulepić :) Teraz już nie zostawiałam figurek na "powietrzu". Od razu wsadziłam do piekarnika. Był rozgrzany do 150st, zostawiłam figurki na ponad godzinę. Niestety kolory trochę wyblakły, ale i tak podoba mi się. Niektóre osoby polecają też figurki pomalować lakierem bezbarwnym - ale ja nie lubię, jak aniołki się świecą. Ładnie to wygląda, gdy są pomalowane farbkami akrylowymi. Efekty:
Małe aniołki, w sam raz na choinkę: Oraz inne ozdoby (niekoniecznie najpiękniejsze :>) z resztek masy: Oraz breloczek do kluczy: Gdyby tylko starczyło mi masy, zrobiłabym pierniczki z brązowej masy. "Farbujemy" ją kawą i dodajemy cynamonu dla ładnego zapachu. Można ozdobić je czymś białym - farbkami, korektorem... Mogą służyć jako pachnące ozdoby na choinkę przez lata. Tylko nie zapomnijmy o zrobieniu dziurek przed wsadzeniem ich do piekarnika :) Zabawa z masą solną.
Jak pisałam w poprzedniej notce, pokażę efekty moich prac :) Na początek pobawiłam się trochę masą solną. Masę robiłam wg. takiego przepisu:
Jednak często masa wychodziła za płynna, wtedy dodawałam mąki. Polecam, dla osób z wrażliwymi dłońmi (lub pokaleczonymi) rozrabiać masę w rękawiczkach. Mnie ręce bardzo szczypały podczas rozrabiania masy. Po wyrobieniu masy ulepiłam figurki, głównie wg. mini kursów na stronie CAFE ART. Części, które miały być sklejone, lekko moczyłam pędzelkiem umoczonym w wodzie. Tak zrobione figurki odstawiłam (leżały może z jeden dzień). Nie polecam - trochę masa popękała. Potem wstawiłam je do piekarnika, na około 100st, jednak od spodu zbrązowiały. Nie wiem dlaczego szczerze powiedziawszy :) Ale podejrzewam że przez to, że ich nie odwracałam podczas suszenia. Oraz, że leżały na folii aluminiowej :> Po wysuszeniu, udałam się do papierniczego :) Kupiłam farby plakatowe (nie stać mnie niestety na akrylowe - a nimi efekt wychodzi ładniejszy), pędzelki i cienkopisy do namalowania mniejszych szczegółów. Malować trzeba było parokrotnie - masa bardzo wchłania farby. Także nie polecam malowanie małych szczegółów cienkopisami (można farbkami, niestety nie mam tak wprawionej ręki - jeszcze :)). Cienkopisy po chwili przestają pisać. Aby znoqu zaczęły, moczyłam je w alkoholu i trzymałam piszącą końcówką do góry (aby alkohol spłynął). Figurki zaraz po pomalowaniu (jeszcze nie wyschnięte):
Oto efekty mojego pierwszego podejścia (po wyschnięciu i domalowaniu szczegółów):
(ten może nie specjalnie za ładny - masa popękała) - ale to mój pierwszy :)
Na koniec mój ulubiony :)
Z serii zrób to sama.
Ostatnio przeglądałam (jako, że moja dusza artystyczna ożyła) róźnorakie strony z działami "ZRÓB TO SAM" (A). Przyznam, że jest tego sporo. Jednak niektóre szczególnie zwróciły moją uwagę. Pomysły z niektórych już wykorzystałam :) :: CAFE ART - kopalnia pomysłów. Te, co zaciekawiły mnie najbardziej:
:: kobieta.info
:: papierowe śnieżynki - takie też na pewno każdy robił w podstawówce
Efekty moich prac w następnych notkach :) Kolczyki hand-made.
Niedaleko mojego mieszkania jest sklep. Kuźnia koralików. Pewnego dnia skusiłam się tam wejść i to był błąd :> Teraz uzależniłam się od kupowania koralików, robienia kolczyków, wymyślania wzorów. Nagle dusza artystyczna, tak długo skrywana, ujawniła się we mnie :) Może jeszcze nie mogę się pochwalić za dużą kolekcją kolczyków, ale dostałam książkę o robieniu biżuterii na urodziny, więc wszystko zmierza w najlepszym kierunku :) A przy okazji wczoraj wieczorem poszperałam po Allegro, i jak się okazało, bardziej opłaca się kupować tam wszystkie półfabrykanty. Bo na przykład: para bigli (to, co się zaczepia na ucho) w Kuźni (posrebrzane) kosztuje 1,30zł na Allegro 130sztuk kosztuje 1zł :) Nawet doliczając do tego przesyłkę, wychodzimy sporo na plus. Więc wczoraj wzbogaciłam się o jakieś paręset koralików, bigli, szpilek, nakładek... Jak tylko przyjdą i znajdę chwilę, zacznę produkcję :) Zrobiłam sobie także "stojaczek" na biżuterię. Może trochę prymitywny, ale jak narazie wystarcza :) - na podstawie filmiku. Można także zrobić stojaczek z płyty. Niestety nie dysponowałam wiertarką, musiałam więc pozostać przy rolce po papierze :) A oto niektóre z moich dotychczasowych dzieł:
A oto jak wygląda to na stojaku:
Niektóre z moich kolczyków można kupić na Allegro: Jeśli jesteś zainteresowany/a jakimiś kolczykami - pisz! :)
środa, 06 maja 2009
Tramwajowych przemyśleń część dalsza.
Czy kogoś jeszcze denerwują ludzie GŁOŚNO rozmawiający w tramwaju? Już nie mówię o rozmowie wogóle, bo czasem jest to poprostu konieczność, zresztą sama czasem rozmawiam w tramwaju, lecz staram się to robić najciszej jak mogę (tak, że często rozmówca mnie nie słyszy). Poza tym w dobie komórek nie da się tego uniknąć, skoro celem komórki jest służyć w każdym miejscu. Więc to można jeszcze przeboleć. Ale jak ktoś wylewa swoje żale do telefonu, bądź umawia się na wieczorną imprezę tak głośno, że wszyscy na drugim końcu tramwaju to słyszą, choćby tego wcale nie chcieli? Dziś w tramwaju młoda kobieta rozmawiała przez telefon. Pierwsze 5-cio minutowe narzekanie na padający deszcz, roztopienie się na nim z powodu braku parasolki (bo przecież każdy wie, że ludzie są z cukru). "Pada u nas, no, pada. A u was pada? Nie? No, bo u nas pada. No, tak, pada u nas. No bardzo. Leje wręcz. No tak, pada, bardzo pada" Następnie dowiedziałam się, jak bardzo dziewczyna jest zapracowana, ile ma zajęć na studiach i gdyby miała jeszcze więcej się uczyć to "już kompletnie dla siebie czasu by nie miała, mimo że już teraz go nie ma" (tutaj wielkie oburzenie). Dalej jeszcze około 10 minut rozmowy na nie mniej interesujące tematy. Wszystko bez problemu słyszane z każdego zakątka tramwaju, pewnie też z drugiego wagonu, a na skrzyżowaniach i na ulicy przez otwarte okno. I po co, pytam się, po co. Czy nie można zniżyć głosu tak, by jak najmniej osób słyszało Twoją rozmowę? A jeśli rozmowa nie jest pilna, czy nie lepiej odłożyć ją na warunki domowe? Ktoś powie, że tak samo głośno potrafią rozmawiać ludzie między sobą w tramwaju. I to też dla mnie jest czymś niezrozumiałym. Bo przecież jeśli Twój rozmówca stoi obok Ciebie, można zniżyć głos bez obawy, że zakłócenia na lini zagłuszą Cię i nie wtajemniczać tym samym innych "tramwajowiczów" w szczegóły Twojego prywatnego życia. Poza tym, bardziej "intymna" wydaje mi się rozmowa przez telefon, ponieważ słyszysz tylko jedną stronę mówiącą. Może ta druga nie zdaje sobie sprawy, że wszyscy słyszą, o czym mowa. Kojarzy mi się to z niejakim "podsłuchiwaniem". Ale to tylko moje odczucia. Tak czy siak, obie sytuacje są dość irytujące. Żałuję tylko, że nie miałam na tyle odwagi, by podejść do kobiety w tramwaju i powiedzieć, że jeśli chce dzielić się szczegółami swojego zapracowanego życia z innymi, to niech napisze bloga, albo książkę. Wtedy przynajmniej niezainteresowani nie musieliby o tym słuchać. Bus girl.
Ostatnio jechałam tramwajem, jak to zwykle, na trasie Pilczyce - Grunwaldzki. Po drodze wsiadała dziewczyna, a jako że była niższa ode mnie, to widziałam całą ją z góry, łącznie z jej całym dekoltem. A ten był spory. Tak samo spory, jak i spora była jej złota torebeczka. Do kompletu złota czapeczka, rożowo - pomarańczowy makijaż i złota spódniczka z serii "gdybym była krótsza, to już byście mnie nie zauważyli". Wracając, wchodzi białogłowa (dosłownie) do tramwaju, i widzę wszystko, co ma do pokazania w swoim dekolcie. Wszystko, łącznie z wystającym z bluzki stanikiem (którą to bluzkę poprawiała uporczywie, by stanik wystawał bardziej) i ze skarpetkami, którymi owy stanik był wypchany. Calusieńki, po brzegi. I tak się zastanawiałam, czy taka osoba nie ma za grosz wyobraźni? Jak już wypychasz, to nie odsłaniasz. Jak odsłaniasz, to jeśli masz co. Czy mama tego nie uczyła? Myślałam, że moda na wypychanie stanika mija wraz z 10tymi urodzinami. |